Społeczne potrzeby i architektura towaru

Planowanie społeczne stało się modne, ale nie służy biednym, ponieważ klasa średnia zawłaszczyła techniki partycypacji. A architekci nie czytają książek i marzą o zostaniu drugim Frankiem Gehry’

Jak do tego doszło opowiada profesor Henry Sanoff w rozmowie z Marią Dębińską

Wykształcił Pan kilka pokoleń architektów. Jaki był ich wpływ na planowanie społeczne?

To był program edukacyjny, a nie pranie mózgu – nie kształciłem studentów aby byli tacy jak ja. Program studiów doktoranckich, który zacząłem 12 lat temu, koncentrował się na zagadnieniach zachowania w środowisku. Wszyscy absolwenci są obecnie wykładowcami, ponieważ taki był cel tego programu – kształcenie wykładowców. Community Design Group miała inny cel – to były studia architektury ze szczególnym szczególnym naciskiem na projektowanie partycypacyjne. Absolwenci zajmują się różnymi rzeczami, np. programowaniem architektonicznym dla dużych organizacji, niektórzy są szczególnego rodzaju architektami, którzy potrafią pracować z lokalnymi społecznościami.

Czyli mają wiedzę z nauk społecznych?

Mają podstawy teoretyczne dla swojej pracy, przede wszystkim z psychologii środowiskowej, którą wykładam. Poza tym to są ludzie, którzy nie próbują zostać gwiazdami, nie pracowaliby ze mną, gdyby im na tym zależało. Są mniej nastawieni na współzawodnictwo a bardziej na współpracę. Większość z nich lubi to co robi, praca z ludźmi sprawia im radość i uważają swoje kariery za udane. Ich wyjątkowość wynika również z formy studiów. Aby nauczyć się projektowania z udziałem społeczności potrzeba dużo czasu, więc moi studenci pracują ze mną co najmniej rok i w tym czasie biorą udział w kilu projektach. Poza tym wszystko co robię opiera się na teorii edukacji, na przykład studenci nie konkurują ze sobą, bo pracują nad różnymi projektami. Studio jest zorganizowane inaczej niż w większości szkół: spotykamy się codziennie, mamy dużą przestrzeń do pracy wyposażoną w kuchnię i salę konferencyjną, więc studenci przychodzą rano, zaczynają pracę, w międzyczasie wychodzą na ćwiczenia i seminaria, a potem wracają. Większość spotkań lokalnych społeczności odbywa się w ciągu dnia, więc trzeba być dyspozycyjnym przez cały czas. Z tego też powodu moje seminaria odbywają się wieczorami w moim domu. Na tym polega mój styl pracy. Spędzam ze studentami dużo czasu, spotykamy się codziennie przez lata, co prowadzi do pewnej zażyłości. Jednocześnie poprzez uczestnictwo we wspólnym projektowaniu nabywają umiejętności pracy z ludźmi.

Co się stało z centrami projektowania społecznego (Community Design Centers)?

Powstały jako reakcja na działania samorządów w Stanach Zjednoczonych w latach 60. i miały na celu obronę interesów zmarginalizowanych grup społecznych. Teraz to się zmieniło, klasa średnia nabyła umiejętności partycypacji i w konsekwencji nauczyła się kontrolować społeczności i środowisko. Sytuacja ludzi o niższym statusie materialnym jest równie zła jak w latach 60. i 70., są bezsilni ponieważ klasa średnia zawłaszczyła techniki partycypacji. Biedni potrzebują takiego rzecznictwa, jakie mieli w latach 60, które polegało zresztą przede wszystkim na zapobieganiu pewnym zjawiskom. Pozytywne projekty miały niewielką skalę, polegały na budowie placów zabaw dla dzieci, tego typu działaniach. Takie projekty miały szanse na sukces, nie było wtedy umiejętności realizowania dużych projektów, a jedynie blokowania inwestycji, które mogły pogorszyć sytuację zmarginalizowanych grup. Teraz to się bardzo zmieniło.

Dlatego, że uczestnictwo społeczności stało się wymogiem w większości projektów?

Dokładnie, ale również w wyniku interpretacji tego wymogu przez lokalne samorządy. W wielu częściach Stanów Zjednoczonych partycypacja obywatelska jest wymogiem przy alokacji funduszy federalnych czy stanowych. Zazwyczaj przybiera formę wysłuchania publicznego, mieszkańcy są zaproszeni do konsultacji proponowanych działań i oczywiście powstaje problem, bo większość ludzi nie jest w stanie zrozumieć złożoności dyskutowanych kwestii, więc uczestniczą tylko ci, którzy mogą coś zyskać albo stracić. Inny przykład to charette1. American Planning Association wydało ostatnio książkę, w której można znaleźć instrukcje, jak krok po kroku przeprowadzić charette. Planiści je robią, społeczności mają iluzję partycypacji i nie zdają sobie sprawy z ogromu problemów, jakie tworzą charettes. Jest jeden planista z Florydy, który prowadzi charettes w wielu miejscach w Stanach Zjednoczonych, zazwyczaj dotyczą one kwestii związanych z transportem. Przyjechał do mojego miasta i moi studenci uczestniczyli w charette. To było niesłychane, bo rozwiązanie miał gotowe z góry i proponował je w każdym innym mieście – ronda, które w miejscu, w którym mieszkam nie mają żadnego sensu. Ten planista przekonuje ludzi, że budowa rond jest najlepszym rozwiązaniem ich problemów, kiedy w dodatku żadnych problemów nie ma. Wydaje mi się, że wiele społeczności organizuje charettes, ponieważ są one symbolem jakiejś wspólnotowości, ale poruszane problemy są zazwyczaj absurdalne a rozwiązania jeszcze gorsze.

Dlaczego tak się dzieje?

Trudno zidentyfikować jedną przyczynę, ale wydaje mi się, że ważnym aspektem jest tutaj moda. Może to zabrzmi cynicznie, ale w Ameryce moda jest bardzo ważna, a charette są modne, więc wszyscy chcą je mieć. Lokalni burmistrzowie i radni mówią: „mieliśmy charette” „a my mieliśmy dwie”, i w ten sposób nie ma to nic wspólnego z rozwiązywaniem rzeczywistych problemów.

Jak poradzić sobie z negatywnymi zjawiskami kojarzonymi z klasą średnią, takimi jak NIMBY (Not In My Backyard) i LULU (Locally Unwanted Land Use)?

Architekci i urbaniści powinni startować w wyborach na urzędy publiczne. Przez długi czas w stanach Zjednoczonych panowało przekonanie, że architekt musi być purystą – zapomnij o urzędzie, zapomnij o służbie publicznej, o pracy dla samorządu, po prostu projektuj budynki. Nonsens. Architekci sprawujący funkcje publiczne mają większą możliwość decydowania o tym, jakie problemy są poruszane. Są przykłady architektów z całego świata, którzy jako lokalni burmistrzowie potrafią dostrzec kwestie umykające innym ludziom. Może nie ma to związku z uczestnictwem, ale stanowi prawdopodobnie najlepszy sposób na to, żeby uzyskać kontrolę nad procesami projektowania.

Co musi się zmienić, żeby planowanie z udziałem społeczności miało sens i jednocześnie służyło wyrównywaniu nierówności społecznych a nie ich pogłębianiu?

Dwie rzeczy: po pierwsze edukacja architektów, architektów krajobrazu i urbanistów, która nie zmieniła się w ciągu ostatnich 50 lat. Nie ma wsparcia dla ludzi, którzy chcą się zajmować projektowaniem z udziałem społeczności, spotykają się oni z niechęcią a ich działania są określane jako strata czasu. Czasami ma to pozytywne skutki, ponieważ zmusza studentów do obrony swoich pozycji, ale sprawia również, że projektami partycypacyjnymi zajmuje się niewielka liczba osób. W ten sposób system edukacji nie uwzględnia ważnych kwestii związanych z partycypacją społeczną w projektowaniu. Drugi problem polega na tym, że projektowanie jest polem rządzonym nie przez badania, ale przez praktyków. W każdej innej dziedzinie wyniki badań wpływają na to, czym zajmują się praktycy. Studenci architektury wzorują się na tym, co robią architekci, to wpływa na kształt i treść edukacji, więc sytuacja jest zupełnie odwrotna. Zastanawiam się, czy architektura w takiej formie może być traktowana jako dyscyplina akademicka, skoro nie ma bazy w postaci badań. Nawet szkoły z programami studiów doktoranckich rzadko robią poważne badania. Trudno jest odwrócić tę sytuację, a brak ten jest poważnym problemem.

Mimo to, udanych projektów nie brakuje.

Oczywiście, jest ich wiele, ale od razu pojawia się problem – jak zdefiniować udany projekt? A po drugie – ludzie, którzy realizują projekty partycypacyjne rzadko o nich piszą. Architekci projektujący ciekawe budynki nie muszą o nich pisać, wystarczy, że opublikują zdjęcia. To są książki z obrazkami, więc nieważne jest, co napiszą; niektórzy studenci nazywają to archibabble, językiem, którego nikt nie rozumie. Z kolei ludzie, którzy realizują poważne projekty, powinni je opisywać, jednak tego nie robią z kilku powodów. Po pierwsze, często nie potrafią dobrze pisać. Poza tym brakuje możliwości publikacji, wydawcy są zainteresowani publikacją, jeśli w książce jest dużo zdjęć. Nawet jeśli książka zostanie napisana i opublikowana, prawdopodobnie dotrze do wąskiej publiczności, bo architekci generalnie nie czytają – wyjątkiem są jedynie doktoranci.

O jakich kwestiach należy zatem pisać i dyskutować?

Sam mam trzy publikacje, które są dostępne w Internecie i mają bardzo dużą liczbę pobrań. Dotyczą edukacji, ponieważ uważam, że jest to jedna z najistotniejszych kwestii w każdej części świata – rozziew pomiędzy tym, co wiemy o mechanizmach uczenia się przez dzieci, a projektami budynków szkolnych, to jest problem we wszystkich krajach na świecie. Kiedy mówimy o budownictwie mieszkaniowym są znaczne różnice regionalne i kulturowe. Kiedy mówimy o edukacji, znajdujemy wspólny mianownik, problemy wspólne dla wszystkich krajów świata. Stąd edukacja jest dla mnie kluczowym zagadnieniem.

Jakie pozytywne zmiany w tej dziedzinie zauważył Pan w ostatnich latach?

Jedną z najbardziej skutecznych zmian było wprowadzenie społecznych kryteriów w procesach akredytacji szkół architektury w Stanach Zjednoczonych. Teraz ten model jest przenoszony do innych szkół na całym świecie. Kryteria oceny szkół w około 30% dotyczą kwestii społecznych, takich jak świadomość społeczna studentów i ich kompetencje w tej dziedzinie. Poza tym powstają liczne organizacje, które zajmują się zachowaniem człowieka w środowisku, w tym również partycypacją społeczną w projektowaniu. Sam zakładałem Environmental Design Research Association w 1968, potem pracowałem z jej europejską wersją International Association for People and their Physical Surrounds założoną w 1970, podobne organizacje istnieją w Australii i Nowej Zelandii, Japonii, Chinach, obecnie tworzy się nowa organizacja w Malezji.

Czy widzi Pan jakieś zagrożenia dla rozwoju projektowania partycypacyjnego?

Budynki, które powstają w takich miejscach jak Dubai czy Szanghai, gdzie zasobność finansowa jest nieograniczona, sprawiają, że studentom na całym świecie wydaje się, że tym właśnie powinna być architektura. Nazywam to architekturą towaru, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistymi potrzebami – architekci tacy jak Frank Gehry są proszeni o zaprojektowanie budynków, które spowodują napływ turystów. Trochę jak Frank Lloyd Wright, który zaprojektował Muzeum Guggenheima, pracowałem dla niego. Oglądanie dzieł sztuki z rampy to absurdalny pomysł, ale Lloyd Wright po prostu nie lubił sztuki. Jest film Steven Spielberga o Franku Gehry, w którym architekt gniecie w ręce kawałek papieru i w ten sposób modeluje budynek. Ludziom wydaje się, że na tym polega architektura. Nie ma nic złego w tym co robi Gehry, niepokoją mnie jednak ludzie, którzy próbują go kopiować. Jeszcze bardziej niepokojący jest fakt, że studenci uczą się przede wszystkim z czasopism, ich bezpośrednim doświadczeniem jest oglądanie obrazków. To bardzo szczególny rodzaj edukacji, w którym nic nie jest prawdziwe, nic nie jest namacalne. Aby obejrzeć te budynki w różnych porach dnia i roku musieliby się wybrać w podróż, a to kosztuje. To jest jeden z największych problemów systemu edukacji.

Jakie są Pana plany na przyszłość?

Zamierzam kontynuować pracę poza Stanami Zjednoczonymi, ponieważ zauważam rosnące zainteresowanie tymi kwestiami. W zeszłym roku byłem w Chile na zaproszenie tamtejszego Ministra Rozwoju Społecznego, który zamierzał promować partycypację społeczną w całym kraju i w tym celu wydać podręcznik. Powiedziałem im, że podręcznik jest złą strategią, bo nikt go nie przeczyta, trzeba realizować projekty. Dwa tygodnie temu byłem na Kostaryce na zaproszenie Ministerstwa Edukacji, prowadziłem szkolenie na temat współpracy z nauczycielami i uczniami w projektowaniu szkół. Interesują mnie kraje, które dopiero zaczynają rozmawiać o tych sprawach, zaczynają wprowadzać nowe metody projektowania, uświadamiać sobie wagę tych zagadnień.

 Rozmawiała Maria Dębińska.

Profesor był w Polsce na zaproszenie Pana Profesora Stefana Wrony, Dziekana Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej (więcej informacji tutaj). Zapis z wykładu znajduje się tutaj.

1 Metoda zakładająca zebranie w jednym miejscu osób reprezentujących różne środowiska i będących specjalistami w różnych dziedzinach (prawnicy, urbaniści, architekci, urzędnicy, artyści, działacze społeczni) i zaproszenie ich do wspólnej moderowanej rozmowy. W jej efekcie powstają konkretne zalecenia i propozycje odnośnie przedmiotu konsultacji np. wybranego obszaru przestrzeni miejskiej.