Rejmer: Tirana. Tyran, kolor, rana

Symbolem Albanii jest budynek, o którym z całą pewnością nie można powiedzieć, czy właśnie się rozpada, czy dopiero powstaje – taki jest nieudolny i pokraczny

O piątej nad ranem rozlega się pierwsza pieśń muezzina. Jest najpotężniejsza, bo całe miasto śpi i można odnieść wrażenie, że siłą śpiewu muezzin budzi Tiranę do życia. Jego wibrujący głos przypomina kaskadowy krzyk; jakby po okolicy rozlewała się fala dźwięku i zagłuszała wszystko. O ósmej rano z pobliskiego kościoła dobiega jednostajne bicie dzwonów, a chwilę później pojawia się złomiarz i, jak szczebioczący ptak, obwieszcza śpiewem swoją zbiórkę. Potem miasto miarowo szumi odgłosami klaksonów, wiertarek, psich poszczekiwań i tylko co kilka godzin przez szum przedziera się muezzin. Zapada zmrok. Naraz grzmią strzały sztucznych ogni, czarne niebo wybucha kolorami, a nad Tiraną objawia się albańskość, ten żywioł, który emanował kiedyś strzałami z pistoletów, potem z kałasznikowów, a teraz zamienił się w oswojone, beztroskie fajerwerki, huczące jak serie z automatu.

Właśnie się przeprowadziłam, po raz czwarty w ciągu roku, i mieszkam w samym centrum Tirany, w domku na szczycie wieżowca, okolonym tarasem, który przypomina podwórko. Wokół rozciąga się miasto: kolorowe bloki, złuszczone kamienice, eleganckie rezydencje i poharatane wille z czasów włoskiej okupacji. Codziennie spoglądam w dół, na sznur ludzi zbierających się przy wejściu do greckiej ambasady: przypominają kolorowe mrówki i pewnie tym właśnie są w oczach greckiego systemu. Z perspektywy okolicznych wzgórz Tirana wydaje się pstrokatą narzutą, którą ktoś wymościł stopy gór. Kolor jest wizualnym refrenem miasta i symbolem nowej, kapitalistycznej Albanii. Czasem pytam więc starszych przyjaciół o kolory, jakie zapamiętali z przeszłości.


Tekst pochodzi z 11. numeru „Magazynu Miasta”, który dostępny jest w naszej księgarni internetowej


„Rdzawa ziemia. Jeszcze w latach 50. w Tiranie nie było asfaltu, tylko ubita ziemia w ceglanym kolorze”.

„Góry granatowe o świcie, błękitne w ciągu dnia, różowe przed zmrokiem. Teraz tego nie widać, bo wszędzie wyrosły bloki i wieżowce, ale przed 1991 rokiem góry było widać jak na dłoni. Miałaś wrażenie, że są na wyciągnięcie ręki. Od gór niósł się zimny wiatr, który chłodził miasto. Wieczorami, gdy szliśmy na xhiro, wieczorny spacer, trzeba było zabrać sweter, tak nam dawał do wiwatu. A teraz nie czujesz wiatru. Wiatr rozbija się o ściany bloków i ginie po drodze”.

„Żółty piach. Bawiłem się na środku ulicy i ta ulica była niczym więcej, tylko piachem, żółtawym pyłem unoszącym się w powietrzu, zasłoną, przez którą przebija się słońce”.

„Zielone wzgórza wokół Tirany. W latach 80. biegaliśmy po nich jak wściekli. Nie było żadnych zabawek, ale były wzgórza, puste, sinozielone. Teraz stoją na nich bloki. Nie uwierzyłabyś, jak tam kiedyś było pięknie.”

Na początku myślałam: „Tirana, rana martwego tyrana”, dyktatora Envera Hodży, który rządził Albanią przez 40 lat i którego duch unosi się nad krajem. Rana, bo to miasto niedoleczone, w którym procesy regeneracji zatrzymały się w połowie, w którym wykonano gigantyczną pracę, ale komunistycznych zaniedbań i potransformacyjnych patologii było tak wiele, że ropnie tkanki miejskiej nadal widać na każdym kroku; miasto, które bezwstydnie obnaża swoje wnętrze: druty i kable zwisające jak liany, studzienki ściekowe pozbawione włazów, spękany asfalt na chodniku, wytłuczone szyby. Patrząc z perspektywy zachodniego porządku, można pomyśleć, że Tirana jest miastem nieciągłym, bo wszystko tu pęka, rozpada się i kruszy. Albański przyjaciel powiedział mi, że „symbolem tego kraju jest budynek, o którym nie można z całą pewnością powiedzieć, czy właśnie się rozpada, czy dopiero powstaje – taki jest nieudolny i pokraczny. W Albanii i stare i nowe jest zdegenerowane”. Tyle że patrzenie na Tiranę z perspektywy Zachodu to krótkowzroczność, bo to miasto południa – włoskiego stylu życia, bałkańskiej ekspresji, tureckiej prowizorki. Rany szybko się w nim goją, a o Hodży nikt nie chce pamiętać, bo „kto ogląda się za siebie, nie idzie do przodu”. „Nikt nie lubi mówić o przeszłości, bo nikt nie chce widzieć w sobie ofiary” – powiedział mój kolega. „Przyjeżdżasz ze swoimi uprzedzeniami i chcesz, żebyśmy opowiadali ci o naszym cierpieniu. Jak opowiadać zachodniemu dziennikarzowi o albańskim koszmarze? Chcemy myśleć o Hodży, że zelektryfikował kraj, ucywilizował północ, dał każdej wiosce szkołę, dom kultury. Nie chcemy rozpamiętywać, że był tyranem i paranoikiem. Mamy trudną przeszłość i niepewną przyszłość. Myślimy tylko o tym, co teraz”.

Niby tak. A jednak Albańczycy potrafią mówić o swoim kraju z bezwzględnością, niemal okrucieństwem. Gdy kończą monologi, Albania objawia się jako pobojowisko, nie zostaje kamień na kamieniu. W pamięci jednak Albańczycy się kurczą, przygnieceni ciężarem ciosów, które sami zadawali. Z ironicznym uśmiechem przypominają lekcje obywatelskiego romantyzmu: „może Tirana to syf, kloaka, ale otaczają ją góry Albanii, a góry są wieczne, tak jak wieczna jest Albania”.

Napisałam już kilka artykułów o tym miejscu, ale żaden nie dotknął prawdy o mieście. Ciągle zbieram dane. I ciągle łapię się na uproszczeniach, bezradności i znieczuleniu: oswajanie Tirany polega na niedostrzeganiu jej patologii, a nie ma nic łatwiejszego niż wytracić czujność, gdy wokół rosną palmy i orchidee, a w centrum miasta wszyscy piją kawę – znajomi spotykają się w miejscach idealnie imitujących alternatywne wszędzie-nigdzie, globalną hipsterkę. To, co zebrałam, próbuję połączyć w całość: czarny orzeł, czerwony mercedes, biały kogut na ceracie pod meczetem w centrum; chłopcy, którzy dorobili się na sprzedaży narkotyków, dziewczyny, które studiowały historię sztuki we Włoszech. Kawa z Etiopii w kawiarni Stary Młyn, sauvignon blanc w barze Hemingway, wiejska oliwa w plastikowych butelkach na chodniku. Ostatnie zachowane bunkry na zboczu góry Dajti, tęczowa flaga homoseksualistów u stóp piramidy, dawnego muzeum Hodży. Głuche pistolety schowane gdzieś głęboko, huk klaksonów na placu Skanderbega. I sztuczne ognie nad uśpionym miastem.

Małgorzata Rejmer – pisarka, dziennikarka, antropolożka. Autorka powieści Toksymia i zbioru reportaży o Rumunii Bukareszt. Kurz i krew. Laureatka Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej, Gwarancji Kultury TVP Kultura i Nagrody Gryfia, nominowana do Paszportu Polityki, Nike i Nagrody Literackiej Gdynia. Mieszka w Tiranie, w której pisze obecnie książkę o Albanii

fot. K. Dubiel