Mundano: Królowie recyklingu

Z Mundano, brazylijskim artystą i aktywistą pracującym z Catadores – zbieraczami odpadów, rozmawia Magdalena Kubecka

Nazywasz ich superbohaterami, którzy posiadają najmniej korzystną z magicznych umiejętności – niewidzialność. Kim są catadores?

To ludzie, którzy żyją ze zbierania odpadów nadających się do powtórnego wykorzystania, a więc takich, które można sprzedać w skupie. Catadores mają więc moc chronienia miasta przed ekologiczną klęską. Od ich pracy zależy jakość miejskiego życia i kondycja środowiska naturalnego. Pełnią więc służbę publiczną, ale mimo to pozostają niewidzialni, zupełnie niedostrzegani przez władze i mieszkańców miast – dosłownie oraz w sensie politycznym i ekonomicznym.

Czy potrafisz określić skalę ich działania?

Tylko 1 proc. z setek tysięcy ton śmieci produkowanych każdego dnia w Brazylii jest segregowany. Przez ręce catadores przechodzi 90 proc. z nich, pozostałe 10 proc. segregują firmy i jednostki gmin. Szacuje się, że w samym São Paulo pracuje ponad 20 tys. takich osób, w całej Brazylii prawdopodobnie około miliona i pewnie blisko 20 mln na świecie.

Kim jest typowy zbieracz w Brazylii?

To starszy mężczyzna mający około 50 – 60 lat. Nie ma zbyt wielu innych możliwości zarabiania na życie. Pracuje zazwyczaj w pojedynkę. Nawet jeśli nie jest w dobrej kondycji zdrowotnej, musi być silny. Potrafi przewozić jednorazowo nawet 300 kg śmieci, posługując się drewnianym lub metalowym wózkiem zwanym carroça. W gronie tym spotyka się jednak również kobiety czy ludzi młodych. Część stanowią osoby bezdomne, niektórzy są uzależnieni od alkoholu lub narkotyków. Catadores tworzą więc bardzo zróżnicowaną grupę.

Jak doszło do tego, że zacząłeś z nimi pracować?

Spędzałem dużo czasu na mieście, bo zajmuję się street artem. Malowałem w różnych miejscach: na ścianach, chodnikach, w przejściach. W pewnym momencie zacząłem też malować na wózkach zbieraczy. Wykorzystywałem je po prostu jako kolejną powierzchnię, dzięki której mogę powiedzieć coś światu za pomocą sztuki. Spodobało mi się to, a właściciele wózków też wykazywali entuzjazm. Malowałem więc kolejne pojazdy i coraz więcej ludzi zaczęło mnie zauważać, a pomalowane wózki stały się popularne w dzielnicy São Paulo, w której pracowałem.

fot. EDJr Edmir Junior


Podróżując po kraju i po świecie, dostrzegłem z kolei, że zbieractwo nie jest fenomenem brazylijskim. Catadores można spotkać wszędzie, także w bogatych, rozwiniętych miastach, w których ludzie ci pracują i żyją w ukryciu. Zdałem sobie sprawę, że wyzwanie, które przed sobą postawiłem, jest ogromne i sam mu nie podołam. Po pięciu latach pracy w pojedynkę zapragnąłem działać w grupie. W 2012 roku zrobiliśmy więc z osobami, które dotychczas pracowały ze mną okazjonalnie, kampanię crowdfundingową „Pimp my carroça” . Już jako zespół zbieraliśmy pieniądze nie tylko na malowanie, odnawianie i znakowanie wózków, ale także na zakup płaszczy, rękawic i okularów ochronnych dla zbieraczy. Lawina ruszyła. Teraz jesteśmy międzynarodowym ruchem tysięcy wolontariuszy działających przynajmniej w 36 miastach w 9 państwach.

Na czym dokładnie polega dziś Wasza praca z catadores?

Za każdym razem proponujemy coś innego. Nasze działania w danym miejscu zależą m. in. od środków, jakimi dysponujemy. Założyliśmy fundację i pozyskujemy na nasze działania pieniądze publiczne i prywatne, jednak większość naszych akcji finansowana jest poprzez portale społecznościowe. Zdarzają nam się też świetni sponsorzy prywatni, ale czasem odmawiamy przyjmowania pieniędzy od firm, które chcą sobie zrobić dobry PR i skupiają się tylko na dbaniu o własny wizerunek, a nie zależy im na wprowadzaniu w życie zmiany społecznej. Scenariusz naszych poszczególnych działań dostosowany jest do miejsca, w którym działamy, i naszych możliwości. Poza dystrybucją jedzenia wśród catadores, dostarczaniem im pomocy i sprzętu, takiego jak odzież ochronna, rękawice, płaszcze przeciwdeszczowe, prowadzimy szkolenia dla zbieraczy, organizujemy dla nich pomoc medyczną, porady prawne i zapewniamy usługi fryzjerów czy masażystów. Czasami pomagamy też doraźnie – próbujemy np. reagować, gdy czyjś wózek zostaje z jakiegoś powodu zarekwirowany przez policję. Wolimy jednak działać systemowo i dużo sił wkładamy w to, aby ludzie dostrzegli obecność catadores. Dzięki temu stali się już oni bohaterami reportaży, materiałów filmowych i wpisów na blogach. Coraz częściej jest o nich głośno, a przechodnie zaczęli zwracać uwagę na ich pojazdy, co ułatwia im budowanie podstawowych relacji społecznych.

Co jest najtrudniejsze w tej pracy?

Catadores są niełatwi we współpracy – przede wszystkim dlatego, że nie mają wolnego czasu. Nie pozwalają sobie na przerwy, bo muszą jak najwięcej godzin spędzać na zbieraniu – zazwyczaj udaje im się zarobić dokładnie tyle, ile potrzebują na przeżycie jednego dnia. Niektórzy z nich są wobec nas nieufni lub wręcz boją się w cokolwiek angażować. Doskonale to rozumiem – oni funkcjonują w szarej strefie. Muszą i chcą pozostawać niewidoczni. Zanim przekonają się, że warto z nami pracować i że nic im nie grozi, często mija sporo czasu. Są przyzwyczajeni do tego, że za wszystko trzeba płacić, a światem rządzi pieniądz. Część myśli więc, że chcemy wynagrodzenie za swoją pracę – są pozytywnie zaskoczeni, kiedy mówimy, że nie chcemy od nich pieniędzy, ale często nie rozumieją, po co w takim razie działamy.

Skąd pomysł na tytuł Waszych działań i całego ruchu „Pimp my carroça”?

To pewien żart – nawiązanie do popularnego amerykańskiego show telewizyjnego „Pimp my ride”, w którym przeprowadza się renowację zwykłych, często starych samochodów. W każdym odcinku jeden z nich jest przerabiany na dziwny, luksusowy, niestandardowy pojazd, o jakim marzył jego właściciel. Podoba mi się, że słowo „pimp” ma po angielsku takie przewrotne znaczenie (odpicować, podrasować, ale także sutener, alfons – przyp. red.), bo nadaje ono naszemu projektowi otoczkę czegoś zaczepnego, zastanawiającego i humorystycznego. Ostatecznie chodzi nam przecież o to, aby ten poważny temat był atrakcyjny, ciekawy i chwytliwy. Istnieje zresztą kilka podobieństw między tymi dwoma projektami – właściciel decyduje o wyglądzie auta, a catadores wybierają hasło, które pojawi się na ich wózku.

Jakie hasła zazwyczaj wybierają?

Niektóre są bardzo proste i pragmatyczne, inne zabawne, jeszcze inne wzniosłe. „Mój pojazd nie zanieczyszcza środowiska”, „Jestem mistrzem świata w recyclingu”, „Mam uczciwą pracę”, „Recykling idei, spełnianie marzeń”, „Recykling to moja sztuka”. Czasami catadores chcą, żeby na wózku pojawiło się po prostu ich imię.

Opowiadasz o swojej pracy w różnych miejscach na świecie, m.in. na licznych konferencjach. Odnosicie sukces nie tylko wśród zbieraczy.

Oczywiście – ogarnia mnie niesamowite uczucie, gdy spotykam tysiące ludzi, którzy zaangażowali się w to, co powołałem do życia dziewięć lat temu. Okazuje się, że nieformalny recykling jest powszechny na świecie i wielu ludzi się nim interesuje. Podróżowanie jest jednak czymś znacznie ważniejszym – chodzi w nim przede wszystkim o pokazywanie projektu jako czegoś, co może się udać w innych miastach. Cieszę się, gdy tracimy w zespole kontrolę nad tym, co dzieje się z naszą ideą. Dowiadujemy się nagle, że gdzieś ktoś się nami zainspirował i pracuje nad własnym projektem w tej sprawie. To niesamowite!

Jak pracujesz ze środowiskiem zbieraczy w miastach, w których nie znasz lokalnego języka i miejscowych realiów?

Jadę do nich zazwyczaj na czyjeś zaproszenie i pracuję przede wszystkim z grupami lokalnych aktywistów i miejscowymi organizacjami pozarządowymi. Nasze przedsięwzięcia mają sens tylko wtedy, gdy lokalne społeczności chcą podjąć u współpracę z lokalnymi catadores. My możemy im pokazać, co sprawdziło się u nas, ale to one będą musiały takie działanie przeprowadzić u siebie. Każde miasto ma swoją specyfikę, ale tematy, którymi należy się w nim zająć, często są podobne. Uniwersalnym problemem jest np. negatywny wizerunek zbieraczy. Nasze zadanie polega więc często na burzeniu stereotypów na temat catadores i budowaniu pozytywnego wizerunku ich pracy.

W Polsce mógłbyś się spotkać z opinią, że wielu złomiarzy rozkrada torowiska i studzienki kanalizacyjne – nie myślą o dobru wspólnym, tylko o własnym zysku.

W tym zawodzie jak w każdym innym są oszuści i złodzieje. I co z tego? Czy to oznacza, że należy ignorować uczciwą, ciężką pracę tysięcy pozostałych? Zresztą tylko uregulowanie działalności mogłoby ograniczyć występowanie takich sytuacji.

No właśnie – starasz się działać systemowo, włączać decydentów w poprawę warunków pracy zbieraczy, próbujesz pracować z urzędnikami w São Paulo. Jak władze lokalne w brazylijskich miastach reagują na Wasze działania?

Choć catadores wykonują gros pracy związanej z segregacją odpadów w mieście, władze miast ignorują ich obecność. O spotkanie w ratuszu w São Paulo zabiegałem kilka miesięcy – nikt nie mógł znaleźć dla mnie czasu. Ale kiedy w telewizji ukazał się krótki materiał pokazujący nasze działania, tego samego dnia zadzwonił do mnie doradca prezydenta miasta i zaprosił na spotkanie. Uczestniczyli w nim przedstawiciele pięciu różnych wydziałów, z pracownikami wydziału edukacji i zarządzania kryzysowego włącznie. Potraktowano więc sprawę dość poważnie. Stworzenie polityki dotyczącej odpadów i pracy catadores w tak wielkim mieście jest jednak bardzo trudne. W São Paulo nie udało się to do dziś, choćby dlatego, że ludzie na urzędniczych stanowiskach zmieniają się dość często i wraz z odejściem konkretnych osób przepada często to, co udało się wypracować.

Istnieją miasta, w których się to udaje? 

Władze lub grupy mieszkańców w niektórych miastach organizują podstawowe wsparcie dla zbieraczy – rękawice, dostęp do wody, odblaskowe ubrania. Kilka miast wypracowuje nawet poważniejsze strategie działania, przy czym postępy najbardziej widoczne są w małych, kilkudziesięciotysięcznych ośrodkach. Mają one mniejszy budżet na zajmowanie się odpadami i są gotowe na wypracowywanie jakiegoś rozwiązania dla sprawy catadores, w tym rozwiązania przekładającego się na ich sytuację ekonomiczną – na przykład zatrudniania zbieraczy choćby za minimalną pensję. Ciekawym przykładem jest Bogota – choć jest to ogromne miasto. Przeznacza ona wynagrodzenie dla każdego zarejestrowanego zbieracza. Nie ma jednak zbyt wielu takich miast, więc musimy sami tworzyć rozwiązania dostosowane do lokalnych potrzeb. To, co sprawdzi się w Ameryce Południowej, nie musi zadziałać przecież w Afryce czy w Europie.

Na czym zależy Wam obecnie najbardziej, po tych kilku dobrych latach pracy na rzecz środowiska zbieraczy?

Mamy kilkuletnie doświadczenie w działaniach ze zbieraczami i dużą grupę ludzi, którzy dobrze znają specyfikę ich pracy, sytuację i potrzeby. To daje nam szerokie spojrzenie na sprawę. Naszą misją nie jest w tej chwili pomaganie konkretnym catadores. Pracujemy nad rozwiązaniami systemowymi w São Paulo, nad tym, żeby zbieracze stali się widoczni i doceniani, żeby istniała jakaś polityka miejska i narzędzia wspierania nieformalnego recyklingu. Chcemy także oddać zbieraczom głos i pokazywać, że mają swoje prawa i mogą zajmować stanowisko we własnej sprawie. Chcemy budować pozytywny wizerunek catadores w mediach i wzmacniać ich pozycję oraz szacunek w społeczeństwie. Jak widać, zadań na najbliższe lata nam nie brakuje.

fot. EDJr Edmir Junior


Mundano – brazylijski artysta i aktywista, kurator i twórca wydarzeń kulturalno-społecznych w miastach brazylijskich oraz m.in. w Chile, USA, Japonii. Autor projektu i założyciel międzynarodowego ruchu „Pimp My Carroça”

Magdalena Kubecka – antropolożka, badaczka i animatorka kultury, autorka projektów społeczno-kulturalnych, członkini zespołu DNA Miasta i redakcji „Magazynu Miasta”