Szuflady urbanistów są pełne najlepszych miast świata

Najnowsza książka Grzegorza Piątka to przede wszystkim opowieść o tym, jak bardzo urbanistyka jest zależna od polityki

„Najlepsze miasto świata” to książka o odbudowie Warszawy. Część z Was pewnie słyszała już to zdanie w ostatnim czasie. Ale nie jest tak. Najnowsza książka Grzegorza Piątka to opowieść o oknie możliwości, na które przez całe życie czeka wielu architektów i urbanistów. Kiedy wreszcie się ono pojawia, niektórzy z nich przechodzą od snucia teorii do realizacji projektów w naprawdę dużej skali. To sytuacja, w której codzienne, żmudne łatanie rzeczywistości ustępuje w końcu miejsca myśleniu systemowemu, a decydenci rzeczywiście zaczynają wsłuchiwać się w rady profesjonalistów i usuwają dla nich wszelkie przeszkody formalno-prawne. Opowieść Piątka jest przy tym przede wszystkim uniwersalna, bo Warszawa jest w niej wykorzystana tylko (i aż!) jako kontekst. Stolica jest tu z jednej strony bardzo konkretnym miastem – ze swoją historią, tożsamością i dziedzictwem – pokazanym przez Piątka z odpowiednią czułością i szacunkiem dla koszmaru wojny, ale bez epatowania obrazami powstańczej masakry. Z drugiej strony ta opowieść o procesie stawania się miasta, kształtowania koncepcji jego zabudowy, o walce o wdrożenie planów, ma przecież wymiar ponadlokalny. Ale „Najlepsze miasto świata” to książka ważna nie tylko ze względu na swoje walory edukacyjne czy literackie, ale też jako głos w dyskusji o roli architektów i urbanistów w tworzeniu miejskich przestrzeni.

Lekarstwo na wstyd

Grzegorz Piątek w centrum narracji umieszcza załogę Biura Odbudowy Stolicy. Pozwala swoim czytelnikom poznać bardzo konkretne postaci i, dzięki przywoływaniu wspomnień i analizie dokumentów, zajrzeć do wyobraźni Józefa Sigalina, Jana Zachwatowicza, Piotra Biegańskiego, Lecha Niemojewskiego, Heleny Syrkus i Macieja Nowickiego. Część z nich czasy wojny spędziła na nielegalnym tworzeniu planów odbudowy własnego miasta. Za dnia pracowali w miejskich urzędach zarządzanych przez okupanta lub innego rodzaju powołanych przez niego komisjach, a po godzinach snuli opowieści „o mieście, które powstaje zgodnie z planem, a nie jako suma oderwanych od siebie decyzji”. Wyczekiwano w końcu właśnie nowego początku – przebudzenia się Warszawy z popiołów i zerwania z doświadczeniem wstydu lat przedwojennych.

Opowieść o najlepszym mieście świata zaczyna się przy tym od „Wstydu”. „Wstyd” to tytuł rozdziału opisującego przedwojenną Warszawę – miasta w nieładzie, pozbawionego proporcji, z bezmyślnie rozrzuconą zabudową. Piątek na świadka ówczesnej urbanistycznej degrengolady powołuje w nim Alfreda Lauterbacha – historyka sztuki zajmującego się zabytkami w okresie międzywojnia i komentatora architektury. Lauterbach narzekał na „dyktat komercji i bezguścia” i prymat „bojaźliwości ograniczenia własności prywatnej na korzyść ogółu i ustępliwości wobec spekulacji”. Nawoływał do zmiany, choć jednocześnie nie wierzył w możliwość jej przeprowadzenia. Wojna, która doprowadziła do przerwania ciągłości materialnej miasta po 1944 roku, mogła według niego położyć kres temu wstydowi. Pojawiło się tak długo oczekiwane „okno możliwości”, czyli szansa na triumf interesu publicznego i dyktatu wiedzy. Nowy porządek zaprowadzić mieli architekci i urbaniści.

Miejski bumerang

Znamy ten wstyd współcześnie. I nieraz tęskniliśmy publicznie za pewnego rodzaju dyktaturą urbanistyczno-architektoniczną. Kwestia ta jak bumerang powracała w trakcie dziesiątki debat, konferencji i seminariów, a odpowiedzi zawsze były podobne. Jedni apelują o większe zaangażowanie i odpowiedzialność architektów i urbanistów, inni proszą biznes o pohamowanie swoich żądz. Reszta patrzy na władzę i oczekuje od niej bycia władzą i każdy ma swoje wyobrażenie o tym, jak powinno wyglądać „najlepsze miasta świata”.

Ma je też Grzegorz Piątek. Chęć pozbycia się „wstydu” z pewnością była jednym z głównych powodów przyjęcia przez niego funkcji naczelnika Wydziału Estetyki w stołecznym ratuszu w 2013 roku. W tamtych czasach był to dosyć odważny transfer. Piątek szedł do urzędu z misją uporządkowania stolicy i poprawienia estetyki jej ulic. Szybko jednak, bo już po trzech miesiącach, zrezygnował. „Prezydent Warszawy i jej urzędnicy nie byli zainteresowani rzeczywistymi zmianami, lecz jedynie poprawą własnego wizerunku” – tłumaczył publicznie swoją decyzję. I pokazał, że nawet najlepszy specjalista potrzebuje politycznego sojusznika i instrumentów do działania. Bez tego praca eksperta traci na znaczeniu, o czym na własnej skórze po wojnie przekonali się członkowie BOS.

Gdyby nie polityka, byłaby rzecz wielka?

Okno możliwości dla Biura Odbudowy Stolicy zostało otwarte na początku 1945 roku decyzją polityczną nowych władz. Urbaniści i architekci ruszyli do pracy zanim jeszcze skończyła się wojna. Katalogowanie strat, porządkowanie, wyburzanie i w końcu planowanie. Grzegorz Piątek pokazuje, jak wiele pasji wkładano wówczas w realizację każdego z tych zadań – jakby architekci i urbaniści w końcu mogli zacząć oddychać i mieli realną władzę. I każdy oddech celebrowali według niego z największą uwagą i radością. Może dlatego Zygmunt Skibniewski nazywał ten czas „najbardziej intensywnym, najpiękniejszym okresem swojego życia”. W końcu mogli rozwinąć skrzydła i zatrzeć towarzyszące im przez tak długi czas poczucie wstydu.

Nic więc dziwnego, że pierwszy etap pracy BOS – ten zakończony planem odbudowy Warszawy zaprezentowanym w pierwszej wersji w 1946 roku, a następnie po uzupełnieniach w 1947 roku – Grzegorz Piątek nazywa „czasem największego idealizmu, najczystszym destylatem tęsknot, idei, aspiracji i kompleksów pokolenia”. Taki proces „destylowania” koncepcji nowego miasta ignorował jednak, jak się wydaje, otaczającą i zmieniającą się rzeczywistość. Bosowcy chyba zapomnieli, że ich okno możliwości zostało otwarte przez polityków. I to politycy – wraz z przyjęciem postulatów socrealizmu – je zamknęli.

Piątek nie zapomina o polityce. Pokazuje nam zarówno jej początkowy entuzjazm, łagodność i otwartość w podejściu do architektury i urbanistyki, jak i postępujące zamknięcie, radykalizację i odrzucenie wszystkiego, co nie jest światopoglądowo słuszne. W istocie jednak polityka go nie interesuje. Oddziela ją od czytelników kordonem sarkazmu, który pozwala na wyobrażenie sobie ogromu tkwiących w niej nieprawości, ale nie daje szansy na pogrążenie się w jej okropieństwach. Tak samo zresztą postąpił z opisem popowstańczej Warszawy. Jako czytelnicy jesteśmy dzięki temu świadomi rozmiarów tragedii, ale nie jesteśmy nią sparaliżowani. Piątek wyizolował ówczesny świat, by wytworzyć przestrzeń na „twórcze zwarcie idealizmu z realizmem” i spory architektonicznych „marzycieli” z ich bardziej pragmatycznymi kolegami i koleżankami. Dzięki temu opisał plany, koncepcje i perspektywy. I zrobił to tak, że „Najpiękniejsze miasto świata” czyta się jak bardzo dobry reportaż.

Urbanistyka to polityka

Nie można jednak zapomnieć, że historia BOS-u pokazuje skalę wpływu polityki na definiowanie ram urbanistyki. Piątek często sam na to zwraca uwagę. Już samą decyzję o odbudowie Warszawy pokazuje jako stricte polityczną. Tak samo opisuje zmianę politycznej wizji odbudowywanej Warszawy. Podczas gdy zaraz po wojnie „na pierwszy plan wysuwały się instytucje centralne i obsługująca je armia pracowników umysłowych”, w 1949 roku „przewidywano, że największą grupę – około 40 procent zawodowo czynnych – będą stanowili robotnicy”. To opisy dwóch zupełnie różnych miast. I dwóch różnych marzeń.

Urbanista Paweł Jaworski pisał na naszych internetowych łamach, że „na plany i projekty urbanistyczne możemy spojrzeć z dwóch splecionych ze sobą perspektyw: projektowej i politycznej. Pierwszy sposób oparty jest na odczytaniu ich jako technicznych koncepcji rozwoju wybranego terenu według zasad krajobrazowych, architektonicznych czy transportowych. Drugi natomiast zakłada, że są one zapisem propozycji zmiany – lub utrwalenia – układu sił, gdyż każdy pomysł wzmacnia interesy jednej grupy, a osłabia interesy innej”. Bosowcy chcieli budować swoje „najlepsze miasto świata” zdecydowanie bardziej w perspektywie projektowej, niż politycznej. Ten zarzut można odnaleźć zresztą u samego Piątka, który krytykuje BOS za „łapczywość”, czyli chęć spełnienia wszystkich architektonicznych i urbanistycznych marzeń w maksymalnym zakresie. Autor pokazuje też, w jaki sposób nieustanne dążenie do możliwie szybkiego zaspokojenia swoich potrzeb mieszkaniowych przez warszawiaków budziło niewątpliwe rozdrażnienie Bosowców. Dla wielu architektów i urbanistów kluczowe było przekonanie, że „nie wolno ulec pokusie reanimowania budynków niepożądanych w dłuższej perspektywie”. Mieszkańcy od czasu do czasu stawali na drodze „destylacji” marzeń specjalistów, wtórowała im ich własna niecierpliwość.

Marzenia, kompromisy i interesy

Grzegorz Piątek od lat wykonuje świetną robotę, pokazując, jak miasta powinny wyglądać i opowiadając część ich historii. Swoją nową książką przekazał dodatkowo czytelnikom jasne przesłanie „nauczenia się od pokolenia Bosowców odważnego wyobrażenia sobie <>” i „żądanie jego realizacji”. Historia BOS-u pokazuje także, że warto pamiętać o tym, że każde okno możliwości ktoś musi otworzyć. I w każdej chwili może je także zamknąć. Szuflady urbanistów są pełne najlepszych miast świata. To wola polityczna sprawia, że marzenia zaczynają przybierać rzeczywiste kształty. Bo w żadnej miejskiej układance nie może zabraknąć miejsca na politykę, potrzeby i interesy. Miasta nie powstały tylko dlatego, że ktoś je sobie wymarzył, ale dlatego, że były potrzebne. Są przestrzenią realizacji interesów i warto o tym nieustannie pamiętać.

Grzegorz Piątek, „Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944 – 1949”, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2020